By 

Praca dla idei, czyli rzecz o wycenie kompetencji…


Image source: h.koppdelaneycc

 

Powinno być o podróżach, ale wydarzenia ostatnich dni sprawiły, że zmieniłam zdanie. Brak szacunku do czyjejś pracy jest czymś, co jednak warto opisać, by Inni być może Ci mniej doświadczeni nie łudzili się, że złapali Pana Boga za ręce i dorwali zlecenie swojego życia. Właśnie trzymam w ręku to Ich zlecenie i mam zrobić z niego COŚ… Zastanawiam się więc co z TYM fantem zrobić…

Ładnie to tak?

Zacznę od tego, że copywriter, grafik, marketingowiec i PR-owiec to ludzie, którzy tworzą nie dla idei, ale dla pieniędzy… Nie bądźmy naiwni… każdy ma potrzeby… ładna sukienka, dobry obiad, wymarzona podróż, a przede wszystkim życie… kosztuje. Doświadczenie to lata udręki w agencjach, działach marketingu, użerania się z upierdliwym szefem, rezygnacji z wielu przyjemności dla uwiarygodnienia swych kompetencji itd. itp. Szczęściarzy, którzy trafiają na drogę usłaną płatkami róż jest niewielu. Wszystko po to, by pewnego dnia stwierdzić, że warto było i robić coś, co się lubi… z czego można żyć… Bo praca Twórcy może być frajdą… pod warunkiem, że w relacjach biznesowych będziemy mieć szczęście do poważnych ludzi, którzy mają prawo wymagać, ale potrafią do ludzkiej pracy odnieść się z szacunkiem. Tych jednak mam wrażenie coraz mniej… obym się myliła…

 

„To ładny tekst, ale pierwsza część nam się nie podoba – proszę to przerobić lub napisać od nowa i podesłać próbkę, którą potraktujemy jako próbę zgodności stylów i komunikacji dla naszej współpracy przed podpisaniem ewentualnej umowy.”

 

Wszystko byłoby w porządku (no prawie, ale o tym później), gdyby nie fakt, że tekst, który przyszło mi przerobić został napisany przez kogoś, kto wcześniej przede mną ubiegał się o zlecenie. Wykonał kawał dobrej roboty i choć początek istotnie może się nie podobać, to przecież można było porozmawiać… Gdy wpada mi w ręce coś takiego mam poważne obawy, że i moja propozycja zostanie wysłana kolejnej osobie… ta osoba znów zostanie odesłana z kwitkiem i w ten sposób delikwent zgromadzi całkiem pokaźną kupkę tekstów, z których po jednym zdaniu złoży milutką ofertę za zupełną darmoszkę… bo w każdym tekście coś jest nie tak, jak trzeba…

Nieładne…

Pomysł za darmochę…

Jak już jesteśmy w temacie próbnych tekstów i tu rodzi się we mnie niesmak… Rozumiem, że druga strona ma obawy, czy teksty za które przyjdzie jej zapłacić spełnią oczekiwania. Zakup usług zawsze jest czymś, w rodzaju kupna kota w worku – taka randka w ciemno. O ile niektóre osoby mogą nie mieć poczucia, że proszą o zbyt wiele, to w zdumienie jednak wprawia mnie żądanie próbek ze strony agencji eventowej, biura rachunkowego, dentysty, fryzjera i tym podobnych. Dlaczego? Podam prosty przykład – idąc do stomatologa kierujemy się opinią, wizerunkiem, doświadczeniem, cennikiem i nie zastrzegamy sobie, że zapłacimy za wyrwanie zęba tylko w przypadku, gdy nas nie zaboli. U fryzjera też nie obcinamy się na próbę – jak się nie spodoba nie płacimy. Decydując się na usługę musimy podjąć jakieś ryzyko. Tym mniejsze im bliżej przypatrzymy się opiniom, bądź referencjom. W przypadku copywritera, grafika, pr-owca, czy stratega marketingowego sprawa jest o tyle prostsza, że istnieje dodatkowa rzecz/instytucja – a mianowicie portfolio, w której bez tajemnic odsłaniają oni swój styl i realizacje. A co zrobić jeśli pomysły są fajne, ale dana osoba nie pracowała dla branży i nadal mamy wątpliwości? Może zwyczajnie za próbkę możliwości zapłacić? Roszczeniowe żebranie o darmochę jest po prostu obraźliwe i mało profesjonalne. Próbę nawiązania współpracy można przecież potraktować jako dobry networking – niesmak nie jest w tym wypadku wskazany. Powiedzenie „czas to pieniądz” jest niestety szczególnie prawdziwe w przypadku zawodów, polegających na tworzeniu czegoś z niczego. Biorąc pod uwagę, że przeciętny Kowalski, pracujący w reklamie codziennie znajduje w swej skrzynce mailowej kilka zapytań ofertowych – co by było, gdyby dla wszystkich robił próbki?

 

Inaczej oczywiście rzecz ma się w przypadku osób rozpoczynających przygodę z tym niełatwym zawodem… I na to jednak są sposoby, bo pomysły to rzecz, która powinna być sensownie wyceniana… Uważasz inaczej? To dlaczego stwierdzenie: „super – że ja na to nie wpadłem” brzmi znajomo? Czyż nie?

Weryfikacja czasem popłaca…

Klienci bywają różni. Zawsze traktuję wszystkich jednakowo poważnie, mając nadzieję, że odwzajemnią się tym samym. Bo sympatyczna współpraca to klucz do sukcesu dla obu stron. Moją skrzynkę mailową jednak szczęśliwie rzadko, ale atakują również obraźliwe „kwiatki”. Dlatego pozwoliłam sobie przytoczyć fragmenty korespondencji sprzed kilku miesięcy… ku przestrodze, że czasem warto się uprzeć… włożyć serce w przygotowanie oferty i podesłać „jedynie” wypracowane przez lata portfolio. Po co? A po to, by upewnić się, że Klient chciał się wzbogacić o pomysły i wykorzystać naszą osobę, nie dając niczego w zamian.

 

Pan X: „moje hi-end „wypociny”: (tu próbki tekstów do całkowitej przeróbki – od nowa) i wyjaśnienie: „Bielizna jest dla Par (Was) Co może Pani z tego wycisnąć? Proszę w odpowiedzi: Czas realizacji, cenę za opis, sampel.

Ja: Szczegółowa oferta i link do portfolio.

Pan X: „Nie tak się umawialiśmy przez telefon. Ostatnia szansa: jeśli chcesz to zamówienie to wyślij 2-3 zdania… Zresztą mniej energii by Ci zabrało przygotowanie 2-3 zdaniowej próbki niż cały poprzedni e-mail „.

 

Rzecz jasna na Ty nie przechodziłam z zabawnym Panem, który w 2-3 zdaniach zapragnął opisy bielizny gratis, a przez telefon usłyszał jedynie o portfolio w roli ” sampla”? – a może po prostu po polsku próbki … i najwyraźniej jeszcze łudził się, że dostanie gotowce, zatem:

 

Ja: Dziękuję. Po Pana mailu wnioskuję, że nasza współpraca nie ma najmniejszego sensu. Mój czas i doświadczenie jest zbyt cenne dla Klientów, których stać na rzetelną obsługę. Nie przypominam sobie abyśmy w naszej rozmowie przechodzili na Ty. Nie marnujmy zatem naszego cennego czasu – z pozdrowieniami, życzę powodzenia.

 

Pan X: „takie rzeczy widzę tylko w Cebulandi, skoro nie zależy Ci na zamówieniach, to nie będę się narzucał haha. rzeczywiście, świetnie, że pokazałaś swój profesjonalizm przed zamówieniem teraz jestem pewien, że nic nie straciłem”.

 

Jak widać obie strony wyciągnęły z tej wymiany zdań coś dla siebie wartościowego. Serio… nie żartuję… Zyskałam przekonanie, że wysyłając portfolio i wzbudzając w potencjalnym Kliencie złość, baaa wręcz agresję, która musiała znaleźć ujście w mailach, nie mogłam liczyć na sympatyczną i długofalową, korzystną współpracę. Agresja jak piszą w mądrych podręcznikach psychologii jest reakcją na frustrację. Frustracja zaś, to stan niezaspokojenia potrzeb. Jaką potrzebą więc kierował się delikwent skoro wylał na mnie i na Bogu ducha winnych mieszkańców stolicy wiadro goryczy? Czy aż tak zależało mu na współpracy z moją skromną osobą, że fakt iż nie otrzymał ode mnie próbki, a jedynie link do mocno zróżnicowanego portfolio, wzbudził w nim taki bezmiar złości?

Pomysł na biznes…

Co jakiś czas lądują w mojej poczcie również prośby, które skłaniają do innej refleksji. Czy ich autor nie poszukuje przypadkiem pomysłu na ratunek… lub co gorsza w ogóle na swój własny biznes. Po dokładnym zapoznaniu się z mym doświadczeniem, realizacjami i portfolio, długą telefoniczną rozmową, która powinna rozwiać wiele wątpliwości znajduję oto coś takiego:

 

W nawiązaniu do naszej rozmowy proszę o przygotowanie dla nas kompleksowej oferty na działania PR. Proszę o skonstruowanie oferty odpowiednio do Pani pomysłów zgodnych z Pani „wizją” i doświadczeniem w obszarze kreowania wizerunku – odpowiednio do obszarów w których się specjalizujemy: (i tu trzy marki). W odniesieniu do naszej rozmowy proszę skonstruować ofertę w sposób zadaniowy – tzn. związany z realizacją konkretnych zadań w określonych odstępach czasowych.

 

I znów chcąc nie chcąc rodzi się niesmak. O ile nie mam nic przeciwko przesłaniu poglądowej wizji działań, która żadną tajemnicą nie jest, to tak szczegółowe podejście do tematu nasuwa już poważne wątpliwości, że delikwent mą pracę zabierze i przedstawi do realizacji swojemu mniej lub bardziej nieudolnemu działowi marketingu, który wyczerpał już swe zasoby kreatywności. Rzecz jasna można sobie zastrzec brak prawa do dalszego rozpowszechniania, ale któż ma czas na wnikliwe śledzenie każdego niedoszłego klienta. Czy w ogóle współpraca oparta z góry na domniemaniu czyjejś niewiedzy i braku kompetencji ma jakiś sens? Zupełnie jakby ktoś chciał na siłę udowodnić, że osoba, którą sam odnalazł w sieci nie nadaje się do opieki nad jego marką.

Puenta, czyli dlaczego nie przygotowuję próbek…

Odnoszę wrażenie, że niektórzy Polacy utracili zdolność prawidłowej oceny swojego ja. Mam świetną firmę, płacę i wymagam. Nie ma w tym nic złego, gdyby nie fakt, że mówimy tu o wymaganiach przed należną zapłatą, o której w dodatku nie ma mowy. Są sytuacje, w których przygotowanie projektu, przykładowych tekstów lub nawet dokładnej propozycji działań jest zaszczytem. Niestety przypadki takie dotyczą wyłącznie marek już na rynku rozpoznawalnych. W tym konkretnym wypadku dostąpienie zaszczytu wzięcia udziału w konkursie jest niejako wartością, która rekompensuje włożoną pracę i pozwoli zwrócić się w przyszłości nawet w przypadku, gdy pomysł nie spotka się z akceptacją. Nie porównujmy jednak kilkuosobowej działalności do Apple’a, bo to już gruba przesada i nadużycie.

 

Przyjmując pracownika na etat również ryzykujemy, że będzie to wybór chybiony. Po co jednak z góry zakładać najgorsze scenariusze. Czy portfolio, referencje i doświadczenie nie powinny wystarczyć przy ocenie kompetencji? A jeśli nadal są wątpliwości próbka możliwości… tyle że odpłatna. Zaś w przypadku PR-owca, lub marketingowca, z którymi wiążemy się na dłużej – okres próbny z uczciwie wynegocjowanym wynagrodzeniem… Wtedy obie strony mają pewność, że ewentualna próba nawiązania współpracy odbyła się z klasą.

 

Kinga
O mnie

Miło mi, że zagościłeś na mojej stronie bez względu na to, czy stało się to przypadkowo, czy może mieliśmy już okazję się poznać. A może znamy się całkiem dobrze? To miejsce w sieci poświęcone jest głównie pisaniu, bo copywritingiem zajmuję się od wielu lat. Zabawa słowami to zajęcie, które dostarcza mi sporą frajdę, będąc równocześnie wiernym towarzyszem w codziennej pracy.

2 Komentarze

Jarek Żeliński
Reply 25 maja 2014

Po pierwsze punkt za odwagę pisania "prawdy w oczy" :). Od siebie dodam, że na rynku jest tak wielu naciągaczy, że jestem w stanie zrozumieć "takich" klientów, jednak ja wypracowałem sposób na :sample": nie wysyłam ich a prezentuję na spotkaniu (np. prezentacja z rzutnika) i zawsze są "nieco" niekompletne. I zawsze pytam: "co jestem celem żądania przykładu efektów pracy", zawsze na początku zakładam, że intencje potencjalnego klienta są dobre, niestety przyznaję, że bywają tacy jak ww. opisani. Prawda leży gdzieś pośrodku.

kartki
Reply 8 lipca 2014

Bezkonkurencyjna stronka. Pozdrowionka :)

Skomentuj

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *