By 

O dobrych książkach słów kilka


Odkryłam ostatnio dwie bardzo przyjemne książki, które pozwoliły mi na nieco inną niż zwykle podróż – podróż w czasie. No… może nie do końca tylko w czasie. Nie była to fantastyka. Nie był to też realizm magiczny – ot po prostu dwie sympatyczne, acz zdominowane przez smutek opowieści o życiu, które przypomniały mi również moje szkolne zmagania z językiem polskim.

Tęsknota, sentyment, zapis dawnych obyczajów, piękne opisy Kresów i przedwojennej Polski, ale i burzliwe, zupełnie odmienne losy bohaterów wynikające z ich pochodzenia, zdecydowanie łączą te dwie pozycje. Bo takie to były czasy i klimat.

Szkolna dygresja.

Nudy. Tak wspominam język polski zarówno w szkole podstawowej, jak i w liceum. Te czasy przypomniały mi się w trakcie czytania jednej z książek, która opowiada o burzliwym i tragicznym życiu Brunona Schulza oraz jego wielbicielki Józefiny Szelińskiej. Do dziś o doborze lektur, poziomie nauczania i podobnych aspektach mam bardzo krytyczne zdanie. Ale gdzieś w głębi duszy zawsze wiedziałam, że czytanie i pisanie to jest to, co „misie lubią najbardziej”. I wiedziałam jeszcze jedno…, że o ile w owym czasie ktoś nieustannie zmuszał mnie do czytania, książek, które kompletnie mi nie odpowiadały, kiedyś po latach sięgnę do nich ponownie i wtedy dopiero zrozumiem ich sens, być może docenię. Tak też się stało.

Później przyszła pora, by sięgnąć głębiej, bo klimat przedwojennych polskich kurortów, obyczajów, specyficznego rzekłabym „bywania na salonach” wciąga. No i dowiedziałam się przy okazji wielu interesujących rzeczy. O ile łatwiej czytałoby się lektury, gdyby choć trochę więcej wiedzieć o życiu ich autorów, obyczajach, nawet jeśli nie są one bezpośrednio związane z twórczością? Tło ma znaczenie, bo nierzadko przyciąga uwagę, wyzwalając zainteresowanie. A gdy jest ono nierozerwalnie związane z historią… no cóż, wtedy absurdem jest pytanie ucznia o to, co na 130 stronie skonsumowali bohaterowie (rzecz jasna na kolację).

Narzeczona Schulza Agaty Tuszyńskiej – opowieść intymna.

I to bardzo. Ilość przewijających się w niej wątków dotyczących dość rozwiązłych obyczajów słynnego autora Sklepów Cynamonowych aż zaskakuje. Tuszyńska z niezwykłą, wnikliwą i badawczą wręcz perspektywą analizuje na każdej stronie życie Schulza, choć główną bohaterką jest kobieta odgrywająca rolę muzy dla kapryśnego twórcy – Józefina Szelińska.

W książce przewijają się piękne fotografie, szkice i wartka, czasem może nieco zakręcona, ale bardzo dynamiczna narracja. To jedna z tych biografii, które czyta się z zaciekawieniem, kiwając głową czasem z politowaniem, czasem ze zdziwieniem, a czasem ze współczuciem. Zaskoczył mnie styl pisarki, który moim subiektywnym zdaniem w niektórych miejscach niebezpiecznie balansuje na granicy groteski po to, by zaraz później przeistoczyć się w poważną dokumentację wydarzeń. To jednak zdecydowanie atut pozycji. Czyni ją łatwą w odbiorze, oryginalną i lekką, mimo tragedii dwóch bliskich sobie ludzi, którą opisuje.

Moje życie, mój czas – Maria Sapieżyna – autoironia z klasą.

„Proszę księżnej pani, to nie jest żadne złote wesele – to jest pięćdziesięciolecie wojny domowej!”

Takich radosnych spostrzeżeń w książce nie brakuje, co czyni ją autobiografią wyjątkową, mimo że opowiada o trudnych czasach walki z dwoma totalitaryzmami. Wciąga bez reszty każdego, kto jak ja spragniony barwnych i nieco autoironicznych portretów ludzi z wyższych sfer, którzy towarzyszyli na różnych etapach życia autorce – arystokratce Marii ze Zdziechowskich Sapieżynie. Nie jest to jednak dokument, a majstersztyk języka polskiego, bo autorka i zarazem główna bohaterka opisuje Polskę z lat przed i powojennych w tak poetycki, lekki i przyjemny sposób, że po prostu obrazy same przemykają przed oczyma. Rzekłabym nawet odważnie, że miejscami jest to idealna pozycja dla romantyków.

Śpiewać każdy może…

Po biografie i autobiografie w zasadzie sięgam ostatnio rzadko. Te dwie pozycje warto jednak przeczytać ze względu na formę i styl, jaki prezentują. W księgarniach pojawia się masa różnych książek – lepszych i gorszych. Coraz częściej jednak po kilku stronach dopada mnie znudzenie i rozczarowanie, potem zamykam je, powtarzając sobie w myślach słowa Jerzego Stuhra: no cóż, „śpiewać każdy może”. Macie podobne odczucia?

Kinga
O mnie

Miło mi, że zagościłeś na mojej stronie bez względu na to, czy stało się to przypadkowo, czy może mieliśmy już okazję się poznać. A może znamy się całkiem dobrze? To miejsce w sieci poświęcone jest głównie pisaniu, bo copywritingiem zajmuję się od wielu lat. Zabawa słowami to zajęcie, które dostarcza mi sporą frajdę, będąc równocześnie wiernym towarzyszem w codziennej pracy.

Skomentuj

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *