By 

Tbilisi na wariata, czyli kilka godzin w stolicy…


Ostatnio spodobały mi się krótkie wyskoki w świat daleki. Nie ma co narzekać, że urlopu mało, czasu jeszcze mniej, a na koncie debet. Żyje się raz… Wybór tym razem padł na Gruzję… Wizzair oferuje fajne promocje z Katowic do Kutaisi w zupełnie rozsądnych cenach – trzeba tylko uważnie śledzić ich marketingowe poczynania.

 

Czy można czegoś doświadczyć w tak krótkim czasie?

Pamiętacie film „Przed wschodem słońca”, potem było jeszcze „Przed zachodem słońca” – albo odwrotnie – nieważne – istotny jest fakt, jak może wyglądać taka podróż. Choć nikogo interesującego nie poznałam, bo zajęta byłam towarzystwem, które od lat towarzyszy mi w wyjazdach wszelakich i dawno już zyskało zacne miano niezastąpionych, to jednak klimat takiego wypadu mocno nawiązuje…

 

Sweet focia w Kutaisi…

Do Kutaisi przylatuje się świtem… godzina bodajże czwarta. Zimno i śpiąco jak szlak… Pierwsza myśl po 3-godzinnym locie i może 20 minutach drzemki, jaka rodzi się w głowie to, co ja do cholery o tej porze robię w szczerych polach… Lotnisko – hala…, a dookoła pustki – tak wygląda port w Kutaisi. Przejście przez bramki i wymuszony uśmiech zaspańca – bo sweet focia jest tu obowiązkowa – nie na pamiątkę – raczej na wszelki wypadek, gdybym zechciała coś przeskrobać. Przed budynkiem lotniska ustawiają się busy. Ponoć jeszcze niedawno turystów witał tłum namolnie zachęcających do podróży prywatnych przewoźników – trzeba było się mocno pilnować, by nie paść ofiarą kantu. Teraz kursy do Tbilisi opanował Georgian Bus… Europa za 10 żelków (Gel – po naszemu Lari lub jak kto woli żelki). Może i dobrze, bo głębiej w kraju nadal panuje zasada, że do samochodu wchodzi tyle ludzi, ile tylko się zmieści…

 

Przy samym wyjściu z lotniska uśmiechnięta i nawet ja – kobieta potrafię się zachwycić, piękna Gruzinka sprzedaje bilety. Wesołym tonem wskazuje drogę do busa. Męska część ekipy wyraźnie traci na chwilę kontakt z rzeczywistością i właściwie trudno się im dziwić. Mnie natomiast zachwyca zaangażowanie i wypisana na twarzy radość z pracy, jaka emanuje od tej młodziutkiej bądź co bądź kobiety. Przez chwilę myślę sobie jak bardzo zapomnieliśmy już o trudnych minionych szczęśliwie czasach, kiedy turystyka w Polsce była czymś zupełnie nowym i kiedy budowaliśmy nasz produkt od zera. Tu wszystko dopiero się rozwija po ciężkich wojennych perypetiach i trudnej sytuacji geopolitycznej w jakiej przyszło im funkcjonować. Entuzjazm i zadowolenie z życia jest jednak widoczne na każdym kroku – wręcz zaraźliwe.

 

Szalona jazda do Tbilisi…

Stacja paliw – jeden dystrybutor i człowieczek z papierosem w ręku tuż obok. Shella to nie przypomina, dalekie jest również od BP – a dreszczyk emocji, gdy niedogaszony papieros spada na ziemię jest tu czymś normalnym. Jedziemy… Poklejona taśmą rysa przebiegająca przez środek przedniej szyby dzieli widok na dwie prawie równe części. Z resztą do przodu patrzeć mogą jedynie twardziele. Styl jazdy Gruzinów jest w istocie ciekawym przeżyciem. Wzajemne spychanie się z drogi, wyprzedzanie na trzeciego w ostatniej chwili to łagodnie mówiąc standard. Klakson jest tu chyba intensywniej eksploatowany aniżeli klocki hamulcowe. Po kilku godzinach można przywyknąć i nie robi to już specjalnego wrażenia.

 

Za oknem widoki raczej przaśne. Rozpadające się socjalistyczne rudery i bałagan. Za to wjazd do Tbilisi od razu daje odczuć, że szykuje się coś ciekawego. Po 4 godzinach jazdy bus zatrzymuje się na placu Didube. Szkoda, że po drugiej stronie dwupasmówki. Bo w Gruzji pieszy i pędzące drogą samochody funkcjonują na tych samych, równych prawach. Pozornie – fizyka jest nieubłagana – ale kogo to tutaj obchodzi… Tak więc w imię, ojca i syna… przed siebie… Kilka takich przepraw i robi się nawet zabawnie.

 

Droga do Centrum…

Tbiliskie metro na początku budzi we mnie lekką dozę nieufności. Dziwny zapach, tłumy ludzi, smutny widok żebrzących dzieci i wpatrujące się w nas groźne, surowe twarze Gruzinów, chcąc nie chcąc przywodzą na myśl potencjalne zagrożenie. Odczuwam wrażenie, że każdy ruch jest tu bacznie obserwowany i moje obawy nie są odosobnione. Zanim wyjedziemy na powierzchnię minie sporo czasu, bo schody ruchome, nachylone pod wyjątkowo ostrym kątem osiągają imponującą wręcz długość. Spojrzenie w dół przyprawia o lekki zawrót głowy. Metro budowane było w okresie „zimnej wojny” i być może strach przed atakiem nuklearnym zadecydował o tym, że w niektórych miejscach poprowadzone jest naprawdę głęboko. Ów dziwny zapach zaś, to dowód bliskości bogatych w siarkę wód termalnych. Bilety do metra zastępuje karta magnetyczna, którą można kupić w każdej kasie i doładować odpowiednią ilością pieniędzy – każdorazowe przejście przez bramki kosztuje żelek. Niestety stacje opisane są wyłącznie w języku gruzińskim – dobrze więc z góry mniej więcej wiedzieć, gdzie i po ilu przystankach wysiąść.

 

Chaczapuri pod czujnym okiem Kartlis Deda…

Aleję Rustawelego i Stare Miasto dzieli kilka uliczek. Po jakiś 5 godzinach podróży najwyższa pora na kawę w lokalnej kafejce, których tu nie brakuje, bo oczy same się zamykają, a zwiedzanie czas zacząć. Nad głową kursują wagoniki kolejki, zmierzającej na wzgórze Mtacminda. Matka Gruzji obserwuje moje zmagania z gruzińskim Chaczapuri na śniadanie. Zmagania, bo jakimś dziwnym trafem moje kulinarne wybory zazwyczaj są chybione.. i gdy inni smacznie wcinają soczyste nadzienie ja prawie łamię widelec na suchym, twardym, mięsnym placku. Następnym razem bogatsza o doświadczenie zamawiam już wyłącznie tradycyjne gruzińskie Chaczapuri z serem, co też polecam Wam czynić. Na wino jeszcze za wcześnie, dlatego zastępujemy je porannym zimnym, gruzińskim browarkiem i ruszamy podziwiać starożytne miasto.

 

Najdłuższa podpaska świata…

Upał daje się coraz bardziej we znaki. Tbilisi ma jednak jedną niepodważalną zaletę. Wszystkie zabytki są położone stosunkowo blisko siebie i nie trzeba korzystać z transportu publicznego, by zobaczyć najważniejsze atrakcje. Twierdzę Narikala zostawiamy sobie na koniec – jeszcze w Polsce zrodził nam się w głowach pomysł wypicia gruzińskiego wina z nocnym widokiem na rozświetlone Tbilisi. Polecam, bo Tbilisi porą wieczorną zachwyca ilością migoczących świateł. Niestety brak spokojnego miejsca na winną degustację wśród starożytnych murów obronnych kieruje nasze kroki do nie mniej pięknie położonego hostelu. Wcześniej jednak zachwycamy się Soborem Trójcy Świętej. Budowa świątyni została ukończona w 2002 roku, lecz w przeciwieństwie do naszych kościołów, z których co jeden to brzydszy, siedziba Katolikosa – Patriarchy Gruzji nawiązuje stylem do starożytnych i średniowiecznych zabytków miasta. Da się? Oczywiście… Pałac prezydencki nie robi już na mnie takiego wrażenia zwłaszcza, że schowany za wysokim płotem i szczelnie chroniony przez mało zachęcających swym wyglądem Panów w czarnych garniturach, skutecznie ukrywa swe pełne oblicze. Opuszczamy zatem jedną z najstarszych dzielnic Tbilisi – Awlabari i kierujemy się ku podpasce. Tak mieszkańcy Tbilisi nazywają efektowny szklany Most Pokoju, łączący dwa brzegi miasta. Dzieło francuskiego reżysera oświetlenia Philippe Martinauda nocą zamienia się w przepiękną iluminację, składającą się z 30 tysięcy diod LED-owych. Podobno symbolizują one wszystkie pierwiastki, z których zbudowane jest ludzkie ciało. Po drodze zwabiona intensywnym zapachem zatrzymuję się przy niewielkiej piekarni. Ukradkiem staram się pstryknąć kilka zdjęć pochłoniętemu wyrabianiem chleba piekarzowi. Szybko dostrzega moje zamiary i wbrew moim obawom zaprasza do środka zadowolony, że zainteresował mnie jego ciężki fach. Niestety brakuje nam słów, by odnaleźć jakiś wspólny język. Gruzińskie chleby wypiekane są w tradycyjny sposób jak przed wiekami. Służy do tego osadzony w ziemi piec tone kształtem przypominający beczkę, do którego przykleja się uformowane podłużnie ciasto. Świeżo upieczony puri, czyli chlebek smakuje wyśmienicie z każdym posiłkiem.

 

Bosa Panna Młoda…

Kościoły w Tbilisi – kolebce chrześcijaństwa to osobna historia. Jest ich tyle, że chyba nie sposób odwiedzić wszystkie, mając do dyspozycji kilka godzin. Włócząc się po mieście udaje nam się zaglądnąć do paru. Nie będę się jednak nad tym rozwodzić – nie w tym rzecz. To co przykuło moją uwagę to niesamowita ilość ślubów w samym środku tygodnia i wyjątkowe wręcz zainteresowanie tematem ze strony gości weselnych. Wyjątkowe – bo niemal żadne. Gdy Państwo Młodzi i prawdopodobnie świadkowie, bądź najbliższa rodzina kierują swe kroki na ceremonię, cała reszta w najlepsze zajęta jest żarliwą dyskusją na zewnątrz cerkwi – o czym? Nie mam zielonego pojęcia, bo ładny w brzmieniu gruziński jest dla laika raczej niemożliwy do odgadnięcia. Biegająca boso ze szpilkami w ręce Panna Młoda nie jest tu niczym niezwykłym… Świątynie w większości zbudowane są na wzgórzach, do których w najlepszym wypadku prowadzą niezbyt wygodne bruki. Ot taka zwykła, ludzka naturalność…, po co się męczyć. U nas nie do pomyślenia… Szczerość i beztroska Gruzinów nie pozwala im przejmować się drobiazgami, a ich osławione w świecie podejście do czasu, tłumaczy konieczność odpuszczenia ceremonii dla kilku chwil zajmującej pogawędki w doborowym towarzystwie. W życiu piękne są tylko chwile… czyż nie?

 

Chinkali, czyli zupa w kołdunie…

Gdy nastaje wieczór starówka zapełnia się ludźmi. Podświetlone kolorowo wagoniki kolejki mkną jeden po drugim na wzgórze Mtacminda. Robi się nastrojowo. Podążając wąską ścieżką wśród stylowych latarni wzdłuż niewielkiej rzeki docieramy do starożytnych łaźni siarkowych. Miejsce o tyle magiczne, że w ciągu ostatnich wieków korzystało z nich wiele znamienitych osobistości jak: Marco Polo, Aleksander Dumas, Piotr Czajkowski, czy Aleksander Puszkin. Na samym końcu kaskada wody spływa po skałach, tworząc całkiem pokaźny wodospad – zakątek ponoć szczególnie lubiany przez zakochane pary.

 

Miasto tętni życiem. W wąskich uliczkach niewielkie knajpki serwują wino i smakowite chinkali. Jedzenie to coś, co z pewnością przyciągnie mnie do Gruzji ponownie. Można się tu porządnie najeść za niewielkie pieniądze, popijając wszystko pokaźną ilością wina. Co ciekawe to samo wino w sklepach nie jest już takie tanie. A co bez dwóch zdań oprócz chaczapuri warto w Tbilisi skosztować to kaukaskie chinkali, czyli olbrzymie kołduny wypełnione zupą. Nie… wcale nie na odwrót… Należy je umiejętnie ugryźć, by gorący rosół nie wylądował na czystym ubraniu. Później pozostaje już tylko ze smakiem wyssać sączący się bulion i dojeść gorące mięso z nieco jak dla mnie twardawym ciastem pierogowym. Całość serwowana jest z przeróżnym nadzieniem: z kapusty, mięsa, ziemniaków lub grzybów. Co ciekawsze danie jest dla Gruzinów czymś w rodzaju zagryzki do wina … potrafią godzinami spędzać czas, pochłaniając niezliczone ilości pierogów. A na deser? Czurczchela… Osobiście nie podbiła moich kubków smakowych, ale amatorzy z pewnością się znajdą. Ten wiszący nierzadko w knajpkach nad głowami „snickers” to nawleczone na nitkę orzechy laskowe zatopione w gęstym, zestalonym soku z winogron. Całość przypomina nieco połączenie kiełbasy i świecy.

 

Mija 24-ta, a my wciąż popijając gruzińskie wino siedzimy na tarasie hostelu, podziwiając piękny widok rozgwieżdżonego nieba nad Tbilisi. W dole iluminacja świateł i spowita delikatną mgiełką, oświetlona niebiesko-zielonymi kolorami rzeka Mtkwari. Jej skaliste, urwiste brzegi przywołują mroczny i nieco tajemniczy klimat. Pora spać… jutro ruszamy Drogą Wojenną w góry, ale o tym innym razem…

 

Kinga
O mnie

Miło mi, że zagościłeś na mojej stronie bez względu na to, czy stało się to przypadkowo, czy może mieliśmy już okazję się poznać. A może znamy się całkiem dobrze? To miejsce w sieci poświęcone jest głównie pisaniu, bo copywritingiem zajmuję się od wielu lat. Zabawa słowami to zajęcie, które dostarcza mi sporą frajdę, będąc równocześnie wiernym towarzyszem w codziennej pracy.

2 Komentarze

mobile_mon
Reply 27 maja 2014

Bardzo fajnie się czyta, aż ma się ochotę takiego chinkali czy innych pyszności skosztować, popijanych winem oczywiście ;)

    Kinga
    Reply 28 maja 2014

    Dziękuję :) Nie zostaliśmy niestety zaproszeni na gruzińską suprę - a to musi być dopiero przeżycie ;)

Skomentuj

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *