By 

Człowiek gór, czy aby poza dobrem i złem?


Człowiek gór poza dobrem i złem… przeczytałam i moje myśli przez chwilę zawiesiły się w jakimś bliżej niesprecyzowanym niebycie myślowym. Nie dlatego, że Reinhold Messner, bo o nim mowa nie jest mi obojętną jednostką społeczną, ale dlatego, że to określenie użyte w stosunku do osoby jakby nie było dość kontrowersyjnej coś w sobie niesie… Wydarzenia ostatnich miesięcy zmusiły mnie do uważnej weryfikacji ludzi… ich skłonności, możliwości, chęci i niechęci…

 

W górach taka weryfikacja osobowości wydaje się prosta. Albo się jest człowiekiem albo się nim nie jest. Jeśli się nim nie jest… no cóż… pozostaje jedno wyjście…

 

A w życiu?

Podobnie. I nie ma żadnych pośrednich alternatyw. Osobiście związana jestem mocno ze środowiskiem górskim, które przez lata mych wędrówek po górach rozmaitych – niższych, wyższych, ale nie najwyższych kształtowało również i moją osobowość. Nie mnie oceniać, czy pasuję do pierwszej, czy może drugiej grupy. Niech zrobią to inni… Ale wiecie co Wam powiem?

 

Ocena w górach wcale nie jest taka jednoznaczna…

No bo czym właściwie jest dobro, a czym zło w starciu z naturą? Czy fakt, że „zeżrę” komuś ostatnią czekoladkę przed drzwiami schroniska uczyni ze mnie ostatnią świnię? Nie… bo nikt przez to nie umrze, choć komuś z pewnością będzie przykro. Ale jeśli tę samą słodycz wcisnę w siebie w trosce o utratę resztek sił, gdy kto inny będzie jej potrzebował bardziej lub tak samo jak ja… już tak. Jeśli walące pioruny, zbliżająca się śnieżyca, przystojny facet lub zapach browaru na szczycie skłaniają mnie, by przyspieszyć kroku i zostawić w tyle kompana, bo przecież droga prosta i jakoś dojdzie… jestem świnią. Proste prawda?

 

No właśnie nie do końca…

Pomijając bezsporną kwestię przystojnego faceta i kuszącego zapachu browaru, dla których w istocie nie warto się ociągać… w Beskidach (w dodatku nie wszędzie 😉 ), pozostałe sytuacje nie są już tak proste i jednoznaczne. Czasem jest nas tylko dwóch. Jedno może drugiemu uratować życie pod warunkiem, że dobrze oceni sytuację i podejmie słuszną decyzję. Jeśli coś pójdzie nie tak… do końca życia pozostaną wyrzuty sumienia i krytyka osób postronnych. Tym gorzej dla delikwenta jeśli wyprawa ma charakter komercyjny lub służy realizacji określonej idei. W jednym momencie z bohatera człowiek przeistacza się w padalca. O zgrozo im mniej kto z górami ma w swym życiu do czynienia…, tym więcej do powiedzenia w tym temacie mieć będzie. Gro dyskutujących i mających śmiałość oceniać osobników nie bywało powyżej 3000 m. Ale krytykować i dywagować to my lubimy… ojjjj bardzo!

 

Nie chcę oceniać…, czasem jednak rozmyślam…

Za każdym razem, gdy do moich uszu dochodzą przykre wieści z gór wysokich zastanawiam się, czy było warto… publikować te wszystkie informacje o wyprawie, pokazywać ludziom pasję i marzenia. Pomijając oczywiste kwestie sponsoringu i pozyskiwania środków finansowych, odkrycie cząstki siebie, swoich marzeń i pasji skazuje Alpinistę, Himalaistę i każdego innego „–istę” najpierw na publiczne uwielbienie, a zaraz potem na lincz i prześmiewcze komentarze pt. tylko kretyn drapie się tam gdzie nie swędzi. Dopóki wszystko idzie zgodnie z planem – mamy bohatera, jak coś nie wyjdzie… no cóż…

 

Czy tak było zawsze?

Jestem szczęśliwą przedstawicielką pokolenia, które wychowywało się na sukcesach Polaków w Himalajach. Oglądając poranne 5, 10, 15 mimo wieku z zapartym tchem śledziłam wieści z Karakorum. Potem przyszedł czas na książki… pochłaniałam je w ilości, która z pewnością nie była normalna dla przeciętnego rówieśnika. Do dziś półki uginają się od niebieskiej serii. Sytuacje konfliktowe i kontrowersyjne były częścią treści, która wciągała. Nie wiemy przecież do końca jak zachował się wobec Wandy Rutkiewicz w ostatnich godzinach jej Partner. Takich tajemnic i niedomówień jest całkiem sporo. A jednak ten okres bardzo często pozostaje w pamięci jako złote lata polskiego himalaizmu, które często oceniamy mianem wolnych od nieludzkiej i nieetycznej komercji. Sentyment?

 

A może co innego…

Wspinaczka i wędrówki po górach to sport inny niż wszystkie. Zastanawiam się, czy w ogóle można tę dyscyplinę nazwać mianem sportu. Bo sport bardzo często oznacza rywalizację – a prawdziwe zdobywanie gór dla mnie rywalizacją nie jest – no chyba, że z naturą. Osobiście mam to szczęście, że szukając ludzi, z którymi chciałam realizować wspólną pasję spotkałam wyłącznie takich, którzy nigdy mnie nie zostawili – nawet w trudnych momentach z dala od górskich wzniesień.

 

Kłótnie, spory, niewygody…

Ludzie w górach się zmieniają. I nie mam tu na myśli faktu, że góry kształtują osobowość człowieka… o tym kiedy indziej. Jeśli wybierasz się w góry po raz pierwszy w większej grupie miej na uwadze to, że osoba, którą znasz przez lata na nizinach może Cię zadziwić. W pozytywnym i negatywnym tego słowa znaczeniu. Zbyt wolne tempo, zimna woda pod prysznicem, wiszące nad głową załamanie pogody potrafią w człowieku obudzić najgorsze bestie. W takiej sytuacji następuje test osobowości dla nas samych – ale ale… przecież my po tej drugiej stronie barykady jesteśmy „the best!” Tak nam się przynajmniej zdaje dopóki planujemy wyprawę z perspektywy ciepłego fotela przy biurku oraz kubka kawy rozgrzewającej ciało i umysł. Nic tak nie wkurza jak rozhisteryzowana pewna siebie paniusia, dla której brak ciepłej wody stanowi problem dnia, tygodnia, a może i długich spędzanych niestety wspólnie miesięcy. W obliczu takich osób największy twardziel traci w końcu cierpliwość. Bywa też, choć z rzadka, że w niektórych osobach rodzą się uczucia wręcz macierzyńskie i swą opieką są w stanie zadręczyć każdego członka ekipy. Wysiłek, trudności i niewygody są wyjątkowym sprzymierzeńcem ludzkich dziwactw. A że każdy na swój własny sposób dziwakiem jest, tylko od nas samych zależy, czy poskromimy pokusę i nie damy się zdemaskować.

 

Bo nie jesteśmy poza dobrem i złem…

No i tu wracam do Pana Reinholda. W wieku 20 lat był już w czołówce skalnych wspinaczy jak podaje Gazeta Wyborcza w wywiadzie, który wpadł mi w oko i tkwił przez kilka miesięcy zanim nadarzyła się chwila, by o tym napisać. Wygrał wyścig z Jerzym Kukuczką – chyba bardziej ideologiczny dla nas Polaków – z pewnością mniej dla niego samego, jak mi się wydaje. Na Nanga Parbat zaś stracił brata. I wtedy posypały się gromy krytyki i oszczerstw. Człowiek w górach jest człowiekiem. Takim samym jak w każdym innym miejscu na ziemi. Może być dobry, może być zły, ale jak twierdzi Messner są rzeczy możliwe i niemożliwe. O tym co jest, a co nie jest możliwe decyduje w trudnych chwilach zagrożenia każdy z nas, najczęściej samotnie – i nie wierzę, że jest to łatwa decyzja. Tym bardziej, gdy podejmuje się ją w strefie śmierci, gdzie szare komórki jedna po drugiej z wolna obumierają, a mózg najprawdopodobniej nie pracuje tak sprawnie jak w wygodnym fotelu przy biurku. Zainteresowanych tematem odsyłam do ciekawego doświadczenia grupy lekarzy, którzy podczas wspinaczki na Mount Everest przeprowadzili na sobie serię doświadczeń, by zbadać zachowanie ludzkiego organizmu w sytuacji niedoboru tlenu. Nakręcony na podstawie badań film nosi tytuł Doctors in the Death Zone i jest łatwy do odnalezienia choćby na portalu You Tube.

 

O tym, kim są Adam Bielecki, Reinhold Messner, Artur Małek, Wanda Rutkiewicz, Kinga Barańska, a może Krzysztof Wielicki lub Anna Czerwińska i wielu, wielu innych nie nam decydować. Można dywagować jak zachowalibyśmy się w sytuacjach, w których osoby te się znajdowały, wychodząc z tego bardziej lub mniej obronną ręką. Coś jednak sprawia, że zanim wydarzy się tragedia, mimo komercyjnych przygotowań do wyprawy, które potem będą atakowane i potępiane, w internetowych grupach dyskusyjnych ludzie Ci urastają do rangi bohaterów narodowych, realizując zazwyczaj jedynie i zwyczajnie swoją pasję, wcale nie prosząc o poklask.

 

Komercja zaś była i będzie…, bo ludzie żyć z czegoś chcą i muszą.

Szkopuł w tym, by nie czynić z gór zbyt wielkiego etosu, bo jak wszędzie i tam docierają ludzie skorzy do pomocy i poświęceń albo po prostu obojętni karierowicze. Ot życie… i takie moje poświąteczne dywagacje w oczekiwaniu na kolejne górskie sukcesy, zakończone szczęśliwymi powrotami do domu.

 

Kinga
O mnie

Miło mi, że zagościłeś na mojej stronie bez względu na to, czy stało się to przypadkowo, czy może mieliśmy już okazję się poznać. A może znamy się całkiem dobrze? To miejsce w sieci poświęcone jest głównie pisaniu, bo copywritingiem zajmuję się od wielu lat. Zabawa słowami to zajęcie, które dostarcza mi sporą frajdę, będąc równocześnie wiernym towarzyszem w codziennej pracy.

2 Komentarze

mobile_mon
Reply 5 stycznia 2015

Myślę, że nie nam oceniać zdarzenia w górach wysokich bo "tyle o sobie wiemy, ile nas sprawdzono". A gromy na Messnera czy Bieleckiego posypały się w dużej mierze od ludzi, którzy strefę śmierci znają z opowieści...
Z innej beczki, czy nie każdemu z nas czasem zdarzy się pobyć taką "paniusią", co jej mina na widok zimnej wody cierpnie? ;) Mi się zdarzyło ;) Ważne, by dystans zachować i do równowagi wrócić ;)

    Kinga
    Reply 5 stycznia 2015

    Otóż to :) Też nie zawsze piałam z zachwytu, że warunki trudne :) Każdy ma w sobie jakieś dziwactwa, bo jak gdzieś wyczytałam każdy z nas na swój sposób jest wariatem ;) Ważne żeby umieć znaleźć ten złoty środek i w odpowiedniej chwili się powstrzymać, nie uprzykrzając za bardzo innym wyjazdu/wyprawy, czy zwykłej nawet wycieczki.

Skomentuj

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *